Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĘGA I: DELIRIUM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĘGA I: DELIRIUM. Pokaż wszystkie posty

20 lipca 2022

Rozdział XIX

Zawahała się. W pierwszym odruchu zapragnęła odwrócić wzrok, jednak nie zamierzała sobie na to pozwolić. Siłą woli zmusiła się do tego, żeby wytrzymać jego spojrzenie, próbując przy tym ignorować wrażenie, że właśnie toczyli jakąś nieoficjalną wojnę.

Czemu…?

Milczała. Próbując ignorować skręcający się żołądek, z wolna uniosła głowę. W duchu modląc się o to, by nie wyglądać jak ktoś, kto marzy wyłącznie o tym, żeby odwrócić się na pięcie i rzucić się do ucieczki, ostrożnie przestąpiła z nogi na nogę. Chciała zignorować Caina i ostentacyjnie ruszyć w kierunku auta, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa, jakby wrośnięte w ziemię.

Nie chciała z nim rozmawiać. W ogóle nie chciała przebywać w jego obecności, najpewniej ze wzajemnością. Cóż, przynajmniej tyle wywnioskowała ze sposobu, w jaki reagował na nią, gdy odkrył, że wraz z Adrienem i Grace przyjechała do pensjonatu. Mogła tylko zgadywać, co się za tym kryło, ale na dłuższą metę to i tak nie miało znaczenia. Nie, skoro najwyraźniej się znali i zdążyła się do niego zrazić.

Dyskretnie zacisnęła dłonie w pięści, obojętna na boleśnie wpijające się w skórę paznokcie. Dlaczego czuła się w ten sposób? Adrien też doprowadzał ją do szału, a jednak w jego obecności nie spinała się, ani tym bardziej nie czuła… tego. „Nienawidzę go” – przypomniała sobie własne słowa, choć te wciąż pozostawały dla niej zagadką. Cokolwiek zaszło między nią a Cainem, zdecydowanie nie było dobre, ale…

– Lexi…

– Grace jest w domu – oznajmiła bez zastanowienia. Ledwo rozpoznawała swój własny głos, nagle obcy i bardziej piskliwy niż do tej pory. – Zasnęła. Ja muszę załatwić coś w mieście.

Dlaczego w ogóle się przed nim tłumaczyła? Powinna wsiąść do auta i odjechać, by nie ryzykować, że Caine wychwyci w jej umyśle coś, czego nie powinien. Taka możliwość wydała się Lexi nader prawdopodobna, zwłaszcza gdy przypomniała sobie moment, w którym usłyszała mentalny głos Grace. Wampiry to robiły – manipulowały cudzymi umysłami w równie naturalny sposób, co i na co dzień chłeptały krew. Musiała być na to gotowa, jeśli chciała zachować choć odrobinę prywatności.

Zrozumienie przyszło równie łatwo, co i decyzja o telefonie do Dixona. Z wprawą kogoś, komu wcześniej podobne czynności zdarzały się wielokrotnie, Lexi wyobraziła sobie, jak wyrasta wokół niej szczelna bariera. Ściana wyrosła między nią a Cianem, stanowczo odcinając wampira od jej umysłu. Lśniła gdzieś na krawędzi świadomości, obecna, choć na swój sposób krucha – wystarczająco, by utrzymać intruza na dystans, jeśli tylko odpowiednio się na niej skupić.

Nie rozpraszaj się. I odjedź, zanim zaczniesz się męczyć, nakazała sobie stanowczo. Wolała nie sprawdzać, jak długo mogła utrzymać barierę.

Przez twarz Caina przemknął cień. To był zaledwie ułamek sekundy, ale Lexi zdołała wychwycić zmianę w jego postawie i wyrazie twarzy. W dotychczas nieprzeniknionych ciemnych oczach doszukała się czegoś więcej, być może tęsknoty, ale…

Tęsknoty? Dlaczego miałby…?

Potrząsnęła głową, próbując opędzić się od niechcianych myśli. Były niebezpieczne i zbędne, zwłaszcza jeśli chciała skrócić niechciane spotkanie do niezbędnego minimum. Kiedy do tego wszystkiego poczuła, jak otaczająca jej umysł osłona na moment słabnie, jedynie utwierdziła się w przekonaniu, że powinna się pospieszyć.

– Muszę jechać.

Tyle że to brzmiało tak, jakby chciała przekonać przede wszystkim siebie.

Zdążyła zrobić zaledwie jeden krok, zanim Caine zdecydował się poruszyć. Zanim zdążyła choćby mrugnąć, zmaterializował się tuż przed nią, o wiele bliżej niż do tej pory. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Odskoczyła, tylko cudem nie potykając się o własne nogi. Gdy do tego wszystkiego zauważyła wyciągniętą w jej stronę dłoń…

– Zostaw! – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

Natychmiast się wycofał. Obie dłonie schował za plecami, jakby w obawie, że jednak zrobi coś, czego nie powinien.

– Wybacz – zreflektował się. – Ja tylko…

– To nie ma znaczenia. Po prostu zejdź mi z drogi.

Nawet nie drgnął. Wciąż stał przed nią, blokując dostęp do samochodu. Co więcej tkwił zbyt blisko… o wiele za blisko i…

A potem uświadomiła sobie coś więcej i z wrażenia omal się nie zakrztusiła.

– Czyś ty zgłupiał?! Ty przecież…!

Urwała. W pierwszym odruchu zapragnęła do niego doskoczyć i odepchnąć w cień, ale nie zdobyła się na to. W zamian jedynie niecierpliwie machnęła rękami, zupełnie jakby samym tylko gestem mogła odepchnąć go z powrotem w bezpieczne miejsce. Przez chwilę znów pomyślała o Grace, szalonej ucieczce przed słońcem i pośpiechu, w jakim pokonały drogę do domu. Wtedy dopiero zaczynało świtać, ale teraz…

Zmierzyła Caina wzrokiem, coraz bardziej zaniepokojona. Zapragnęła chwycić go za przód koszulki, porządnie potrząsnąć i zapytać, czy upadł na głowę. Wzrokiem niemalże w panice szukała śladów na bladej skórze, jednak nie dostrzegła niczego, co świadczyłoby o tym, że cierpiał. Och, no i wciąż nie doznał samozapłonu, choć przecież powinien. Ucieczka przed światłem dnia była wpisana w codzienność jego gatunku.

Mogła tylko zgadywać, jak prezentował się jej wyraz twarz. Jakaś cząstka Lexi aż wyrywała się do działania, do zrobienia czegokolwiek. W duchu miotała się na prawo i lewo, klnąc na czym świat stoi – z jego głupotą na czele. A jednak wciąż nie potrafiła się ruszyć, porażona bliskością i samą tylko obecnością tego mężczyzny. Kogoś, kto od pierwszej chwili wzbudzał w niej wyłącznie niechęć. Nienawiść, której nie rozumiała, choć przecież zawdzięczała Cainowi życie. Uratował ją, więcej niż raz, ale…

Z jękiem chwyciła się za głowę. Pocierając skronie, wycofała się, raz po raz potrząsając głową. Nie, nie… To nie tak. Nie tak, ale…, pomyślała w rozgorączkowaniu, niezdolna zdobyć się na żaden sensowny przekaz. Wszystko było nie tak, a on jedynie niepotrzebnie to komplikował.

– Lexi… – doszło ją jakby z oddali.

Zbyła go machnięciem ręki. Przynajmniej nie próbował jej dotykać, ale wciąż znajdował się o wiele za blisko – wystarczająco, by nie mogła tego zignorować. Krążył gdzieś tam, wydając się lśnić na granicy jej świadomości. Nawet kiedy na niego nie patrzyła, wszystko w niej aż krzyczało, że znajdował się obok.

Ściana runęła, ale nawet nie próbowała wznosić jej na nowo. Mętlik w głowie i tak skutecznie utrudniał zebranie myśli. Bliskość Caina również, wzbudzając w niej emocje zbyt skrajne, by mogła je zrozumieć.

Pragnęła uciekać…

Ale wciąż tkwiła w miejscu.

Kiedy uniosła głowę, wciąż tam był. Spojrzała na niego przez rozstawione palce, niczym dziecko, które naiwnie wierzy, że zignorowanie problemu magicznie sprawi, że ten zniknie. Nie pomogło, ale wciąż mogła próbować. Cokolwiek wydawało się lepsze od pozwolenia, by Caine zbliżył się chociaż o krok, ale…

– Musisz… wejść do domu. Teraz.

– Dlaczego tak ci na tym zależy?

Zacisnęła usta, niezdolna odpowiedzieć na pytanie. Dlaczego? W zasadzie… nie zależy, pomyślała, ale wszystko w niej aż krzyczało, że okłamywała samą siebie. Co prawda to w żaden sposób nie pasowało do niechęci, którą wzbudzał w niej Caine, jednak nic nie mogła na to poradzić. Mógł wzbudzać w niej te dziwne uczucia, ale to jeszcze nie znaczyło, że życzyła mu śmierci. A może po prostu czuła się zobowiązana, skoro ją ocalił – i to więcej niż raz.

Wszelakie myśli uleciały z jej głowy w chwili, w której wampir się poruszył. Gwałtownie zaczerpnęła tchu. Panika powróciła, silniejsza niż do tej pory. Lexi odsunęła się o kolejny krok, na moment tracąc równowagę. Zatoczyła się, ale nie upadła, zresztą nawet gdyby do niego doszło, pewnie nawet by tego nie zauważyła. Wystarczyło, że już i tak czuła się tak, jakby spadała. Chociaż pod stopami miała lity grunt, wciąż była gotowa przysiąc, że ten za moment zniknie. Wtedy nie było już niczego, co unosiłoby ją na powierzchni.

– Lexi… – podjął ponownie mężczyzna. Jego głos okazał się niezwykle łagodny, kojący… Bez choćby śladu niechęci, którą sama czuła. – Musimy porozmawiać.

– Wcześniej się do tego nie wyrywałeś – zauważyła przytomnie.

Nie zaprotestował. Z drugiej strony, co zmieniłoby się, gdyby to zrobił? To wcale nie tak, że się nim interesowała, ale…

Ale wciąż stali na słońcu. Dla kogoś takiego jak on to nie mogło być dobre.

Tym razem nie próbowała prosić. Wyrzuciła przed siebie obie dłonie, zupełnie jakby tym jednym gestem mogła sprawić, że dzieląca ich odległość stanie się jakkolwiek bardziej znośna. Poczuła przetaczającą się przez ciało energię, jednak tym razem nie pozwoliła, by ta wymknęła się spod kontroli. Wręcz przeciwnie – Lexi wymierzyła i uwolniła ją w pełni świadomie, doskonale wiedząc, co i dlaczego chciała osiągnąć.

Caine zatrzymał się gwałtownie. W ciemnych oczu doszukała się czegoś z pogranicza zaskoczenia i… rozbawienia, choć wciąż nie miała pojęcia, skąd brało się to drugie. Obserwowała go, gdy tak po prostu rozłożył ramiona, pozwalając, by magia uderzyła go prosto w pierś. Nawet nie walczył, w zamian ustępując mentalnemu naciskowi. Wciąż z uwagą obserwując Lexi, wycofał się do cienia. Chociaż dziewczyna nie była w stanie skupić się na jego twarzy, mogła przysiąc, że w spojrzeniu wampira doszukała się ulgi.

– W porządku, nie stoję na słońcu. Możesz się rozluźnić.

Parsknęła, wciąż nie dowierzając. Przez chwilę miała ochotę roześmiać się histerycznie, rozdrażniona pobrzmiewającą w jego głosie beztroską. Nawet słuchanie go okazało się wyzwaniem, choć wciąż nie takim, jak sama tylko próba zapanowania nad mętlikiem w głowie.

Czemu…?

Tyle że na to pytanie nadal nie znała odpowiedzi.

– Nie zamierzam powstrzymywać cię przed próbą samobójczą, jeśli o to chodzi – mruknęła, siląc się na obojętność. – Ale mógłbyś znalazł sobie jakieś lepsze miejsce.

– Oboje wiemy, że nie o to chodzi – westchnął Caine.

– Więc o co?

Czuła, że ją obserwował. Nawet teraz, trzymając go na względnie bezpieczną odległość, była tego wręcz boleśnie świadoma.

– Przejmujesz się. Wiem, że się do tego nie przyznasz, ale nie szkodzi. – Po tonie wampira wyczuła, że się uśmiechnął. Mimo wszystko rozbawienie nie objęło jego ciemnych oczu. – To… sporo dla mnie znaczy – dodał i choć brzmiał przy tym tak, jakby zwracał się przede wszystkim do siebie, Lexi poruszyła się niespokojnie.

– Do rzeczy!

Nie zwrócił na nią większej uwagi. Spokojnie stał w cieniu, wciąż z rozłożonymi ramionami. Nie wyglądał, jakby zamierzał szykować się do atak, obrony… odejścia. Lexi zawahała się, wciąż nieufna i niezdolna jednoznacznie stwierdzić, czego powinna oczekiwać po tej istocie. Na dodatek wszystko to, co mówi…

– Nie zaszkodzi mi chwila na słońcu. Nic się nie stanie, sama najlepiej o tym wiesz – podjął z westchnieniem. Spojrzała na niego spod uniesionych brwi, nagle zaniepokojona. Z drugiej strony coś w jego słowach sprawiło, że poczuła ulgę. – Albo chciałbym, żebyś wiedziała. Poczułaś się lepiej, kiedy to powiedziałem?

– Poczuję się lepiej, jeśli dowiem się, czego ode mnie chcesz – wyrzuciła z siebie na wydechu.

– Porozmawiać.

Parsknęła, nie mogąc się powstrzymać. Ucisk w żołądku przybrał na sile i przez moment była niemal pewna, że ją zemdli.

– Wcześniej nie wyglądałeś na chętnego – zauważyła cicho.

Prawda była taka, że wcale nie chciała ciągnąć tej rozmowy. To przynajmniej sobie wmawiała, choć z jakiegoś powodu wciąż tkwiła przed domem, nieruchoma i jakby sparaliżowana. Pragnęła odwrócić się na pięcie, wrócić do domu i starannie zamknąć za sobą drzwi, ale jakaś jej cząstka wiedziała, że to doprowadzi ją donikąd. Że Caine bez mniejszego problemu pokona próg, tak jak zdarzyło mu się wiele razy wcześniej.

Kto go zaprosił? Ja…?

Przecież dobrze wiedziała.

Potrząsnęła głową. Wycofała się o krok, wciąż chwiejna i coraz bardziej niespokojna. Czuła na sobie jego spojrzenie i to jedynie bardziej wszystko komplikowało. W efekcie już sama nie była pewna, czy mętlik w głowie powodowała jego bliskość, spojrzenie czy może poczucie, że odpowiedzi kryły się gdzieś na wyciągnięcie ręki – musiała po prostu po nie sięgnąć.

– Lexi…

– Nie podchodź – warknęła. Cóż, próbowała, bo finalnie zabrzmiało to co najmniej żałośnie. – Proszę…

– Chcę tylko porozmawiać – doszedł ją ponownie jego głos. – Zwłaszcza że mamy o czym. Zaczynając od tego, że jestem ci winien przeprosiny, ale…

– Czemu?!

Caine jedynie westchnął.

– Bo jestem równie uparty, co i ty. Może po prostu nie chciałem wierzyć Grace – przyznał, ostrożnie dobierając słowa. Jego głos brzmiał łagodnie, niezwykle kojąco, ale… – A teraz widzę cię tutaj. Gdzie się wybierałaś, na dodatek sama? W sprawy na mieście nie uwierzę, więc…

– To nie twoja sprawa – przerwała mu chłodno.

Urwała, by złapać oddech. Trzęsła się cała, choć to przecież nie miało sensu. Jakim cudem mogła stać przed całkowicie obcym mężczyzną i zachowywać się jak jakaś histeryczka? Jasne, zawdzięczała mu to i owo, ale…

– Może – podjął ze spokojem Caine. – Ale nie po to uratowałem cię już dwa razy, byś teraz znowu ryzykowała. Już i tak nie sprawię, że stąd wyjedziesz, prawda?

– Nawet gdybym chciała, nie mogę tego zrobić.

W chwili, w której pozwoliła tym słowom rozbrzmieć, coś się zmieniło. Przez chwilę jeszcze tkwiła w bezruchu, spoglądając w pustkę i próbując zapanować nad drżącym ciałem. Wyczuła, że kolejna część układanki wskoczyła na swoje miejsce, choć to zadziało się jakby poza nią – odległe i tak naturalne, że początkowo nawet nie zwróciła na to uwagi. Niczym oddychanie czy mruganie. Po prostu się działo, a ona nie była tego świadoma aż do momentu, w którym skupiła się na odruchach.

Równie naturalne okazało się zrozumienie – czy to wcześniej, gdy ot tak przyjęła do świadomości, że mogłaby dysponować jakąkolwiek mocą, czy później, bez zastrzeżeń uznając wersję Grace o tym, że się przyjaźniły. Wciąż nie pamiętała, ale to nie miało znaczenia. Brak tych wspomnień bolał, ale to wciąż nie zmieniało najważniejszego: tego, że Lexi dobrze wiedziała w co i dlaczego powinna wierzyć.

Tak było i tym razem. Nie miała wątpliwości, że słowa, które wypowiedziała, niejako tłumaczyły wszystko. Choć przez ostatnie tygodnie marzyła, by opuścić Rosewood, teraz czuła, że cały ten czas okłamywała całą siebie. Nie mogła. Już nie. Gdyby na to pozwoliła, to byłoby koniec. Jak mogłaby opuścić miejsce, które od pokoleń pozostawało pod opieką kobiet takich jak ona, jej matka czy też Grace? Jak, skoro w mroku wciąż kryło się coś niedobrego…?

Wyprostowała się bez słowa, zupełnie jakby z ramion zdjęto jej jakiś olbrzymi ciężar. Nerwowo zaciskając dłonie w pięści, spojrzała wprost na Caine’a – w wyzywający, co najmniej gniewny sposób.

– Jak bardzo zależało ci, żebym stąd wyjechała? – zapytała wprost.

Z niejaką satysfakcją dostrzegła błysk niepokoju w oczach wampira. Poruszył się niespokojnie, niczym zapędzona w kozi róg zwierzyna. Otworzył usta, ale nie od razu zdobył się na odpowiedź, jednak milczenie w jakiś pokrętny sposób okazało się o wiele bardziej wymowne.

– Bardzo – przyznał w końcu Caine. Potrząsnął głowa, wyraźnie sfrustrowany. – Ale to nie tak, jak mogłabyś sobie myśleć.

– A co takiego myślę?

Dla pewności sprawdziła, czy wciąż zdoła powstrzymać go przed sięgnięciem tam, gdzie zdecydowanie nie powinna go dopuścić. Co prawda nie wyczuła niczego, co świadczyłoby o podobnych próbach, ale wolała być ostrożna. Nie ufała mu. Nie żeby w ogóle mogła, ale…

– Lexi…

– Mam wrażenie, że wszyscy znacie mnie dużo lepiej niż ja samą siebie. Wiem już, że ktoś spętał moją magię i mnie, i że najpewniej było mu to na rękę… A Grace opowiedziała mi o Rosewood – dodała z naciskiem. Niemalże spodziewała się doszukać grymasu na twarzy wampira, jednak nic podobnego nie miało miejsca. Po prostu wpatrywał się wprost w nią, siląc się na obojętność. Lexi jakoś nie wątpiła, że w tamtej chwili oboje udawali z równie wielką zawziętością. – Jestem kimś skazanym na to miejsce. Już dawno wkroczyłam w ciemność. Chwilowa pamięć tego nie zmieni.

Coś we własnych słowach sprawiło, że zapragnęła smutno się uśmiechnąć. Czy podobny wywód słyszała od matki, kiedy ta jeszcze była obok? Spróbowała sobie przypomnieć, ale to wciąż przypominało sięganie w pustkę. Lexi wiedziała jedynie, że ucieczka już nie wchodziła w grę. Nawet gdyby dostała się nawet na najlepszą uczelnię na świecie, nie mogłaby wyjechać.

Przez chwilę poczuła smutek, ale ten okazał się ulotny i jakby znajomy – niczym przebłysk nostalgii, do której zdążyła się przyzwyczaić. Jakaś jej cząstka pogodziła się z takim stanem rzeczy już dawno temu.

– Ach… – Caine w zamyśleniu skinął głową. – Mogłem się po tobie spodziewać. I najwyraźniej powinienem przeprosić Grace, ale…

– Mnie nie masz niczego do powiedzenia – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język.

O dziwo, wampir jedynie gorzko się zaśmiał.

– Mógłbym, gdybyś nie patrzyła na mnie w taki sposób.

W jaki?

Ale i to było oczywiste. Nawet spoglądając w jego stronę, pragnęła odwrócić wzrok. Pamiętała dreszcz obrzydzenia, który wstrząsnął nią, gdy spotkali się po raz pierwszy… Gdy kołysała się w jego ramionach zaraz po tym, jak uratował ją przed tamtą dziwną kobietą. Nawet to, jak odsunęła się w popłochu, gdy wyciągnął ją z rzeki i zaoferował w swoją kurtkę. Nie panowała nad tym, a i sam Caine nie wydawał się zaskoczony takim stanem rzeczy, ale…

– To nic… Nic wielkiego – doszło ją jakby z oddali. W tamtej chwili Caine brzmiał, jakby próbował przekonać samego siebie. Nieudolnie. – Nie przyjechałem tutaj, żeby się żalić. Ale gdybyś była na tyle dobra i postarała się, żeby ratowanie cię nie okazało się stratą czasu…

– Nie wrócę do domu, jeśli o to ci chodzi.

Puścił te słowa mimo uszu, zupełnie jakby od początku spodziewał się takiej reakcji.

– Pojadę z tobą. Mogę trzymać się na dystans, jeśli masz takie życzenie.

Nie tego się spodziewała. Zamrugała zaskoczona, przez chwilę niepewna, jak używać języka. „Nie ma mowy!” – zapragnęła wykrzyczeć, ale głos uwiązł jej w gardle.

Od samego początku wiedziała, że wymykanie się do lasu było niczym prośba o nieszczęście. Zdążyła się o tym przekonać i to o wiele więcej razy, aniżeli mogłaby sobie tego życzyć. Chciała tego czy też nie, Caine trafił w sedno. Co więcej, jeśli z jakiegoś powodu on był zdolny do poruszania się również za dnia… Och, czego w takim razie powinna się spodziewać?

Zacisnęła usta. Nerwowo obejrzała się na zamknięte drzwi domu, dobrze wiedząc, że powrót do Grace nie wchodził w grę. Narażanie przyjaciółki tym bardziej.

Unikając spoglądania Cainowi w oczy, bez słowa ruszyła do samochodu. Tym razem nie próbował jej powstrzymywać, być może dobrze wiedząc, że finalnie zatrzyma się przy drzwiczkach.

– Ja prowadzę. A ty siedzisz z tyłu – zapowiedziała, wślizgując się do środka.

Nie musiała długo czekać – wystarczył ułamek sekundy, by usłyszała trzask zamykających się tuż za jej plecami drzwi. W chwili, w której dostrzegła w lusterku wstecznym błysk ciemnych oczu, do Lexi dotarło, że być może jednak popełniła błąd.

Niech to szlag.

To był zły pomysł. Nawet bardzo, ale równie niekomfortowa wydała jej się myśl o tym, że Caine miałby zająć miejsce pasażera na przodzie.

Wsunęła kluczyk do stacyjki, za wszelką cenę próbując opanować drżenie rąk. Ledwo tylko silnik zaskoczył, wrzuciła wsteczny i wcisnęła gaz – nieco tylko zbyt gwałtownie – po czym w pośpiechu wycofała auto z podjazdu. Choć nie sądziła, że po szaleńczym wyścigu ze słońcem czeka ją jakkolwiek bardziej wymagająca podróż, wszystko wskazywało na to, że jednak się pomyliła.

Kiedy w grę wchodził wampir – na dodatek taki, który nie reagował na światło dnia i wzbudzał w niej tak skrajne emocje – wszystko się komplikowało.

A ona nie miała pojęcia dlaczego.

14 lipca 2022

Rozdział XVIII

Grace wyglądała na podekscytowaną. Przez chwilę krążyła po gabinecie, przetrząsając półki z książkami. Kiedy nie znalazła niczego, co mogłoby przykuć jej uwagę, przyklękła przy biurku i bez krępacji zabrała się za przetrząsanie szuflad.

– Em… Potrzebujesz pomocy? – zaryzykowała ze swojego miejsca Lexi.

Wciąż czuła się dziwnie. Nie potrafiła jednoznacznie określić tego, co działo się w jej głowie, ale jednego była pewna: mimo wszystko rozumiała o wiele więcej, niż zaledwie kilka godzin wcześniej. Co prawda wspomnienia mieszały się ze sobą, a do niektórych wciąż nie potrafiła dotrzeć, jednak nawet to wydawało się lepsze, niż gdyby wciąż miała trwać w niepewności.

No i miała Grace. Co więcej, ufała jej o wiele bardziej niż komuś, kogo znała raptem dobę.

Jak najlepszej przyjaciółce, z którą spędziłam całe lata, zanim…

Natychmiast odsunęła od siebie tę myśl.

– Szukam czegoś – odparła lakonicznie wampirzyca, przerzucając papiery, które znalazła w najwyżej położonej szufladzie.

– Tak, to widzę. – Lexi wywróciła oczami. – Czuj się jak u siebie czy coś…

– Jak zawsze.

Z trudem powstrzymała uśmiech. To wydawało się znajome i nagle była w stanie przysiąc, że widziała Grace w podobnej sytuacji już nie raz. „Czasami mam wrażenie, że twoja przyjaciółka tu mieszka, aniołku…” – przypomniała sobie liczne komentarze ojca. Niemalże słyszała jego głos, zupełnie jakby stał tuż obok, szpecąc Lexi wprost do ucha.

Zerknęła na zegarek, choć sama nie była pewna, czego oczekiwała po sprawdzeni godziny. Taty nie było i mogła tylko zgadywać, dokąd się udał. Gdyby do tego wszystkiego wiedziała, kiedy powinna oczekiwać jego powrotu…

Czy rozpozna Grace?, pomyślała, coraz bardziej niepewna, co sądzić. Cokolwiek wydarzyło się rok wcześniej, dotknęło ich oboje. Och, no i mamy. A przynajmniej chciała wierzyć, że to właśnie w wydarzeniach, które zapomniała, kryły się odpowiedzi. Trwała w niepewności tak długo, że aż przestała zadawać pytania, ale teraz… Teraz w końcu miała szansę.

– Znalazłam!

Natychmiast przeniosła wzrok z powrotem na Grace. Wampirzyca zmaterializowała się tuż przed nią, uśmiechnięta i wyraźnie z siebie zadowolona. Lexi mimowolnie wzdrygnęła się, z opóźnieniem rejestrując fakt, że przyjaciółka w ogóle się poruszyła. Przywyknięcie do przebywania z kimś, kto poruszał się o wiele szybciej od człowieka, wciąż stanowiło wyzwanie.

Zmierzyła Grace wzrokiem, dopiero po chwili przenosząc wzrok na niewielki przedmiot, który ta ściskała w dłoni. W normalnym wypadku Lexi parsknęłaby śmiechem, ale po niedawnym śnie widok znajomego już łapacza snów sprawił, że poczuła się nieswojo.

–  Chyba… nie rozumiem – przyznała z opóźnieniem.

Myślami ponownie uciekła do Laury, jednak poza wspomnieniem matczynych ramion i odległych, zniekształconych słów, nie zdołała przywołać niczego więcej. Pamiętała co prawda, że przez jakiś czas dręczyły ją koszmary i że wtedy w jej pokoju pojawił się amulet, ale wszystko inne pozostawało zamazane. O czymkolwiek śniła jako dziecko, umknęło z jej pamięci całe lata temu.

– Chyba wiesz, do czego to służy. Twoja mama je lubiła – zauważyła niemal urażonym tonem Grace.

– Oczywiście. Tylko nie wiem, jak chcesz mi tym pomóc. – Lexi potrząsnęła głową. – Nie mam problemów ze snem, jeśli o to ci chodzi. Już nie, ale…

– Jesteś pewna?

Otworzyła i zaraz zamknęła usta. W pierwszym odruchu zapragnęła potwierdzić, a jednak kiedy przyszło co do czego, naszły ją wątpliwości.

Och, czy była pewna? Chyba nie wiedziała już, co to tak naprawdę znaczy. Myśląc o ostatnich przebudzeniach we własnej sypialni, umykających wspomnieniach i całym tym szaleństwie, nie było mowy o jakiejkolwiek pewności. Kiedy do tego wszystkiego przypomniała sobie sen, który doprowadził ją z powrotem na niewielką polanę, na której Susie zorganizowała ognisko, wątpliwości przybrały na sile.

– Spróbujmy – dała za wygraną.

Grace tylko wydawała się na to czekać. Znów przykucnęła, tym razem po to, by rozsiąść się na podłodze. Zachęcona skinieniem przyjaciółki, Lexi zsunęła się z biurka i zajęła miejsce naprzeciwko niej. Z powątpiewaniem spojrzała na łapach snów, po czym uciekła wzrokiem na bok, wymownie wodząc wzrokiem po zakurzonych kątach. Z jakiegoś powodu to, co właśnie robiły, również wydało się dziewczynie znajome.

Nie zaprotestowała, kiedy Grace chwyciła ją za obie dłonie. Spojrzała wprost w błękitne tęczówki i nawet zdobyła się na nieco wymuszony, choć mimo wszystko szczery uśmiech. Od dłoni wampirzycy bił chłód, ale wrażenie to prawie natychmiast zniknęło, wyparte przez znajome już uczucie nostalgii.

Przed sobą miała przyjaciółkę. Niezależnie od wszystkiego Lexi zamierzała trzymać się tej jednej myśli.

– Dobra… Mam zacząć medytować, czy wyklepać jakieś zaklęcie? – wymamrotała, nie mogąc znieść przeciągającej się ciszy. – Wiesz, tego wciąż nie pamiętam. Musisz mnie poprowadzić, jeśli…

– Zamknij się, Lexi – odparła uprzejmym tonem Grace. – Oczy też.

Zacisnęła powieki o wiele mocniej niż powinna. Skrzywiła się, zamrugała i – starając się ignorować ciemne plamy, które na moment pojawiły się w zasięgu jej wzroku – raz jeszcze opuściła powieki. Wciąż ściskając Grace za rękę, ze świstem wypuściła powietrze. Musiała się rozluźnić, oczywiście, ale mimo wszystko…

Zaufaj mi.

Wzdrygnęła się w odpowiedzi. Ta myśl nie należała do niej i była tego pewna.

Tyle że to również okazało się znajome. Mentalny głos Grace, jej bliskość i wspomnienie łapacza snów. Coś w tej świadomości sprawiło, że Lexi zdołała się rozluźnić – tylko nieznacznie, ale na dobry początek musiało wystarczyć. Odetchnęła, próbując uspokoić oddech. To również okazało się wyzwaniem, przynajmniej początkowo, póki nie skupiła się na rytmie, w jakim Grace nabierała i wypuszczała powietrze. Lexi była niemal pewna, że wampirzyca robiła to specjalnie, metodycznie i o wiele głośniej niż do tej pory.

Zmęczenie pojawiło się nagle, ale także i ono wydało się właściwe. Wraz z kolejnym głębokim oddechem, napięcia z wolna zaczęło znikać. Ciemność z wolna przybrała na intensywności. Następowała powoli, łagodna i kojąca, na swój sposób znajoma, przez co Lexi z miejsca zapragnęła się jej poddać. Nie powinnam, pomyślała w pierwszym odruch, ale momentalnie odrzuciła tę myśl. Prawda była taka, że wkroczyła w mrok w chwili, w której przyjęła zaproszenie Susie.

Albo dużo wcześniej.

Bezwiednie mocniej ścisnęła dłonie Grace. Jej własne zadrżały i z trudem zdążyła nad nimi zapanować. Potrzebowała dłuższej chwili, by odzyskać równowagę i na powrót poddać się senności – i to tym razem na dobre.

Nie zauważyła, kiedy straciła równowagę. Dłonie przyjaciółki zniknęły, jednak Lexi nie potrafiła stwierdzić w jakich okolicznościach – czy sama je puściła, czy może tak naprawdę nigdy ich nie było. Wylądowała na dywanie, ale z równym powodzeniem mogłaby spadać, coraz niżej i niżej, prawie i w tartaku, kiedy…

A potem ostatecznie pochłonęła ją ciemność i nie widziała już niczego.

~*~

– Lexi.

Rozpoznała ten głos. Świadomość wróciła, ale dziewczyna i tak nie odważyła się otworzyć oczu. Chciała wierzyć, że to po prostu Grace, jednak podświadomie dobrze wiedziała, że to nie tak.

Weź się w garść.

Poruszając się trochę jak w transie, spojrzała wprost na nachyloną tuż nad nią Susie.

Natychmiast poderwała się do siadu. Tym razem nie dostrzegła ani polany, ani jakichkolwiek oznak tego, że w pobliżu znajdowało się ognisko. Była tylko ciemność – bezkresna i niepokojąca. To i drobna, znajoma postać, która – choć stojąca dosłownie na wyciągnięcie ręki – okazała się pod każdym względem odległa.

Ze spojrzenia Susie bił wyłącznie smutek. Stała z pochyloną głową, ani trochę nie przypominając energicznej dziewczyny, która z takim zaangażowaniem szykowała się do pożegnania szkoły. Jasne włosy kleiły się do bladych policzków, wciąż wilgotne od krwi. Zaschnięta posoka znaczyła nagie ciało, kreśląc znajome już słowy. Tym razem Lexi już nie miała wątpliwości, że już je widziała – i to na długo przed ostatnim snem.

– Pamiętasz już? – odezwała się ponownie dziewczyna.

– Nie wiem. – Lexi potrząsnęła głową. Usiadła, wciąż poruszając się w pełen rezerwy, niezwykle ostrożny sposób. – Powinnam. Ale to wciąż…

– Ach… – Przez twarz Susie przemknął cień. – Chciałabym ci to jakoś ułatwić, ale nie potrafię.

Brzmiała, jakby naprawdę było jej przykro, choć przecież nie powinno. To nie ja zostałam brutalnie zamordowała, zauważyła mimochodem Lexi. Nie odważyła się wypowiedzieć tych słów na głos i to nie tylko dlatego, że zabrzmiałyby co najmniej niewłaściwie.

– Powinnam była zostać – powiedziała w zamian. – Wtedy, gdy zaczęłaś się tak dziwnie zachowywać. Mogłabym…

– Nie.

Aż się wzdrygnęła. Chociaż Susie nie podniosła głosu, to jedno słowo wypowiedziała z tak wielkim naciskiem, że protest po prostu nie wchodził w grę.

Wtedy już nie miała wątpliwości, że jej podejrzenia co do tego, o czym rozmawiała z Adrienem, były słuszne. Gdyby nie on, mogłoby wydarzyć się wszystko. Ochronił ją, choć mogła tylko zgadywać, co się za tym kryło. Zagubiona niczym dziecko we mgle i tak była bezbronna.

– W porządku – dała za wygraną. – I tak nic bym nie zrobiła. Teraz też nie mogę – dodała zanim zdążyła ugryźć się w język.

Dłonie samoistnie zacisnęły się w pięści. Niech to szlag! Bezradność uderzyła w nią z całą mocą, skutecznie wypierając dotychczasowy lęk. Lexi poderwała się na równe nogi, przez chwilę bliska tego, żeby zacząć krążyć. Mimo wszystko coś w widoku wszechobecnej ciemności powstrzymało ją przed zbyt gwałtownymi ruchami.

Susie obserwowała ją w milczeniu, wciąż nieznośnie odległa. Zupełnie, jakby w każdej chwili mogła zniknąć, uświadomiła sobie Lexi. Z równym powodzeniem mogłaby mieć przed sobą ducha, ale nawet zjawa nie okazałaby się aż tak ulotna jak sen.

– Mogłabyś… poszukać w przeszłości – doszło ją jakby z oddali.

Zamrugała. Z trudem powstrzymała się od parsknięcia.

– W przeszłości – powtórzyła z rezerwą.

Oczywiście, że też na to nie wpadła! Nawet jeśli, gdyby to faktycznie było takie proste, nie kręciłaby się bez celu, próbując zapanować nad mętlikiem w głowie. Co prawda Susie nie miała na to wpływu, ale Lexi i tak poczuła narastające rozdrażnienie. Wiedziała, że coś powinna pamiętać, ale nie miała pojęcia, w jaki sposób miała do tego dotrzeć. Choć niektóre kwestie rozjaśniły się, gdy znów poczuła krążącą w żyłach moc, to wciąż nie wystarczyło. Wiedziała, ale nie pamiętała – i w tym leżał największy problem.

Z tobą tez się przyjaźniłam?, pomyślała z powątpiewaniem, ale zachowała to pytanie dla siebie. Podświadomie wiedziała, że odpowiedź brzmiała przecząco.

– To wszystko już się wydarzyło – oznajmiła nieoczekiwanie Susie. Coś w jej tonie dało Lexi do myślenia i to na tyle, że zdecydowała się spojrzeć dziewczynie w oczy. Po raz pierwszy dostrzegła błysk w dotychczas martwych tęczówkach. – Możesz ukryć ślady, ale nigdy nie wymażesz ich całkowicie. Rok temu też zaczęło się od morderstwa.

Lexi zesztywniała. Coś drgnęło – głęboko w jej pamięci, choć zbyt daleko, by mogła tego dosięgnąć. Otworzyła usta, ale ostatecznie nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Po prostu wpatrywała się w Susie szeroko otwartymi oczyma, próbując uporządkować to, czego właśnie się dowiedziała.

Było wiele pytań, które wciąż pragnęła zadać. Jej przyjaźń z Grace pozostawała zaledwie wierzchołkiem góry lodowej wszystkich wątpliwości. Wciąż mogła zgadywać, jak w ogóle poznała się z Adrienem, o przyczynach nieuzasadnionej nienawiści, którą żywiła do Caina nie wspominając. Wiedziała przecież, że coś zdarzyło się rok temu, ale mimo wszystko…

Rok temu też zaczęło się od morderstwa.

Raz jeszcze spojrzała na Susie, by odkryć, że jej postać powoli zaczynała się zamazywać. Lexi drgnęła i wyciągnęła rękę, ale już kiedy spróbowała pochwycić dziewczynę za ramię, wiedziała, że to się nie uda. Pokrwawiona postać malała w oczach, zupełnie jakby wszechobecna ciemność przypomniała sobie, że nie pochłonęła wszystkiego. Susie nawet nie zaprotestowała, po prostu pozwalając, by rzeczywistość rozpadła się, kiedy sen dobiegł końca.

~*~

Gwałtownie otworzyła oczy. Leżała na dywanie, ale wcale nie czuła się, jakby dopiero co straciła przytomność. Przez chwilę tkwiła w bezruchu, rozszerzonymi oczyma spoglądając w przestrzeń. Widziała twarz Grace, ale ta wciąż pozostawała pogrążona we śnie. Do Lexi z opóźnieniem dotarło, że wampirzyca najpewniej poddała się wczesnej porze, zwłaszcza że na zewnątrz wciąż pozostawało jasno.

Nawet nie próbowała budzić przyjaciółki. W pośpiechu usiadła, po czym podarła się biurka, chcąc jak najszybciej stanąć na nogi. Ruszyła przed pokój, tylko cudem nie potykając się przy każdym kroku. Serce tłukło jej się w piersi, uderzając coraz to szybciej i szybciej.

Lexi wiedziała, co robić. To było niczym impuls, który z równym powodzeniem mógłby okazać się czystym szaleństwem. Z drugiej strony, co w ostatnim czasie nie wydawało się wstępem do obłędu? Do diabła, była czarownicą, której ktoś wymazał pamięć – i która najwyraźniej trzymała się z wampirami. Już samo to wystarczyło, by wzbudzić wątpliwości.

Wpadła do sypialni tak gwałtownie, że tylko cudem nie wyrwała z zawiasów drzwi. Na moment przystanęła, w pośpiechu wodząc wzrokiem na prawo i lewo. Gdzie to było? Choć od śmierci Susie minęło niewiele czasu, Lexi miała wrażenie, że w rzeczywistości w grę wchodziły całe wieki. Mętlik w głowie potęgował to wrażenie, ale nie pozwoliła, żeby wątpliwości przysłoniły najważniejszą myśl: o tym, że powinna działać. Musiała. Gdyby tylko pamiętała, gdzie po wizycie detektywów wrzuciła wizytówkę…

Coraz bardziej zniecierpliwiona, przetrząsnęła biurko i szufladę stolika nocnego. Klnąc cicho pod nosem, już miała pogodzić się z tym, że jednak wyrzuciła numer, który tamtego dnia zostawił jej Dixon, kiedy nagle pod palcami wyczuła szorstką powierzchnię.

– Telefon – wymamrotała i znów zaklęła. Wątpiła, żeby komórka przeżyła moment, w którym wylądowała w rzece. – Niech cię szlag, Adrien.

Biegiem wycofała się z powrotem na korytarz. Prawie nikt nie korzystał z telefonu stacjonarnego, stojącego w przedpokoju tuż obok schodów, ale mimo to ani ona, ani ojciec nie zdecydowali się z niego zrezygnować. W tamtej chwili Lexi była za to naprawdę wdzięczna.

Wciąż drżąc z nerwów i podekscytowania, w pośpiechu wybrała odpowiedni numer. Dopiero przy drugim podejściu zdołała wystukać go poprawnie.

Detektyw odebrał po zaledwie kilku sygnałach.

– Marcus Dixon – rzucił krótko.

Lexi zawahała się. Tylko na ułamek sekundy, ale jednak. Rozmawialiśmy już, pomyślała z przekonaniem. Była tego pewna, tak jak i bliskości z Grace – i to w oparciu o coś więcej, niż tylko spotkanie dzień po nieszczęsnej imprezie.

– Musimy porozmawiać. Znaczy… – Urwała. Odchrząknęła, bezskutecznie próbując pozbyć się uścisku w gardle. – Mówi Lexi Reed. Rozmawialiśmy niedawno.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Lexi nerwowo spojrzała na telefon, niemalże spodziewając się, że połącznie z jakiegoś powodu zostało przerwane.

– Pani Reed… Tak, pamiętam. – Mężczyzna wyraźnie się ożywił. – Co mogę dla ciebie zrobić?

Pytanie zabrzmiał niewinnie, niezwykle spokojnie, ale dziewczyna była pewna, że detektyw nie stracił czujności. Pamiętała już, dlaczego uważała go za o wiele milszego od jego partnerki. Miał w sobie coś, co sprawiło, że mu ufała, choć wciąż nie potrafiła sprecyzować, co się za tym kryło – jego sposób bycia, czy może… wcześniejsze doświadczenia.

Ale nie zachowywał się, jakby mnie pamiętał. Nie udawałby aż tak dobrze.

Nerwowo przygryzła dolną wargę. Skrzywiła się, czując posmak krwi, zwłaszcza że momentalnie pomyślała o wciąż śpiącej w gabinecie Grace.

– Panno Reed?

– Jestem – zreflektowała się pospiesznie. – Ja… chciałam zapytać… – Potrząsnęła głową, choć dobrze wiedziała, że detektyw nie mógł tego zobaczyć. – Czy… cokolwiek wiadomo na temat tamtego wieczoru? – wypaliła w końcu.

Nie tak chciała to rozegrać, ale kiedy przyszło co do czego, odkryła, że w głowie ma absolutną pustkę. Och, zresztą co miałaby powiedzieć? Zapytać, czy wierzy w magię, dziwne sny, czy może zasugerować jakieś nadnaturalne stworzenie, które akurat radośnie biegało sobie po Rosewood? „Wie pan, taka nasza lokalna Puszka Pandory. Fajnie brzmi, prawda?”. Już sobie wyobrażała, w jaki sposób mógłby zareagować.

– Działamy – doszedł ją głos Marcusa. Mocniej chwyciła słuchawkę, nie chcąc przypadkiem jej upuścić. – Nie mogę powiedzieć ci niczego więcej. Jeśli jednak jest coś, o czym chciałabyś powiedzieć mi…

– Przeszłość – wypaliła bez zastanowienia. Nawet jeśli chciał zaprotestować, zaskoczyła go na tyle, by jednak pozwolił jej dojść do głosu. – Sprawdzaliście, czy takie rzeczy działy się już w Rosewood? To ważne.

– Dlaczego miałoby…?

– Powinny być jakieś wzmianki. Może sprzed roku – drążyła, nie zamierzając tak po prostu odpuścić. – Proszę. Wiem jak to brzmi, ale na tę chwilę tylko tak jestem w stanie pomóc.

– Lexi…

Odłożyła słuchawkę – zbyt gwałtownie, nerwowo – ale to już i tak nie miało znaczenia. Przez chwilę tkwiła w miejscu, wciąż wpatrując się w telefon. Była pewna, że za moment zadzwoni, ale milczał jak zaklęty. Wtedy nabrała przekonania, że Dixon najpewniej uznał ją za wariatkę. Och, w zasadzie nawet mu się nie dziwiła, zwłaszcza że w normalnym wypadku doszłaby do dokładnie tych samych wniosków. Po takim telefonie…

Ale przecież miała rację.

Czuła to całą sobą, tym bardziej że ta jedna myśl pozostawała równie wyraźna, co i wspomnienie spotkania z Susie. Jakkolwiek by tego nie nazwała – snem, omamem, czy jednak halucynacją – była pewna, że miało znaczenie.

Coś się stało. Zapomniała o tym, zresztą jak i wszyscy wokół, ale…

Albo oszalałam. Tak też może być, pomyślała mimochodem i przez moment zapragnęła histerycznie się roześmiać.

Jeśli tak, trwała w delirium zbyt długo, by jednoznacznie to stwierdzić.

Wplotła palce we włosy, nerwowo pociągając za kosmyki. Wzięła kilka głębszych wdechów, za wszelką cenę próbując się uspokoić, choć i to okazało się trudne. Czuła jak serce łomoce się w jej piersi, zupełnie jakby chciało wydostać się na zewnątrz.

W porządku. Zrobiła dokładnie to, co uważała za słuszne. O więcej musiała zapytać Grace, ale to wciąż mogło poczekać. Nie chciała budzić przyjaciółki, zwłaszcza po panicznej jeździe o poranku. Jakkolwiek abstrakcyjnie brzmiała myśl o istnieniu wampirów, Lexi była pewna, że dręczenie jednego z nich za dnia nie należało do najrozsądniejszych pomysłów. To, że wampirzyca najpewniej musiała odpocząć, pozostawało dla niej aż nazbyt oczywiste.

Gdyby do tego wszystkiego wiedziała, co powinna zrobić ze sobą…

Czekanie do wieczora brzmiało jak najgorszy pomysł na świecie, choć zarazem Lexi nie miała pojęcia, co ze sobą zrobić. Skoro telefon nie pomógł, Grace pozostawała nieosiągalna, a Susie zza grobu wołała o pomoc…

Z powątpiewaniem spojrzała w stronę drzwi. Kluczki leżały tam, gdzie je zostawiła, kiedy w pośpiechu wpadła wraz z Grace do domu. Taty nie było, więc tym bardziej mogła pozwolić sobie na wzięcie samochodu. Co prawda powrót na polanę już raz omal nie doprowadził jej do grobu, ale z drugiej strony… Och, skoro powinna obawiać się nocy, chyba mogła poruszać się w środku dnia?

Zgarnęła kluczyki i bez zastanowienia wypadła na zewnątrz. Nie trudziła się zamykaniem drzwi, bynajmniej nie martwiąc się tym, że ktokolwiek włamie się do domu, skoro Grace wciąż była wewnątrz. W zasadzie szczerze współczułaby tej osobie.

Zmrużyła oczy w świetle dnia. Spojrzała w pozbawione chmur niebo, mimowolnie się rozluźniając. Ciepło słońca okazało się równie przyjemne, co i świeżo odzyskana, wciąż wypełniająca ciało magia.

Może teraz miało być inaczej. Może teraz w końcu dostrzegłaby coś, co umknęło jej za pierwszym razem. Tylko może, ale…

– Dokąd się wybierasz?

Zatrzymała się w pół kroku. Wrażenie było takie, jakby nagle wpadła na niewidzialną ścianę, jednak to nie wyjaśniało nagłego szarpnięcia, które poczuła w żołądku.

Och, nie… Nie, nie, nie…

Nie odwróciła się. Przez chwilę miała nadzieję, że w grę jednak wchodziły halucynacje. Wszystko wydawało się bardziej prawdopodobną i lepszą perspektywą, aniżeli to, żeby…

Właściwie… Dlaczego?

Uniosła głowę. Nie od razu dostrzegła postać, która przyczaiła się w rzucanym przez pobliskie drzewa cieniu.

W chwili, w której napotkała na ciemne tęczówki Ciana, odczuwana względem wampira niechęć wróciła ze zdwojoną siłą.

Dzień dobry wieczór! Zniknęłam na trochę, ale już wracam i tym razem mam ambitny plan pociągnąć całość do epilogu jeszcze przed końcem wakacji. Oczywiście mówimy o tym tomie, bo mam nadzieję go zamknąć w dwudziestu pięciu rozdziałach – poniekąd w ramach wyzwania wakacyjnego, organizowanego przez Agencję Literacką. Challenge accepted!

Co tam u Was, kochani? U mnie dzieje się za dużo, ale powoli wracam do jako takiego rytmu codziennego pisania. Przy odrobinie szczęścia wkrótce sporo się zadzieje.

Och, no i przypominam, że jedno z moich opowiadań wkrótce doczeka się wydania na papierze! Po więcej informacji zapraszam na mój fanpage i Instagram.

Do napisania!

3 maja 2022

Rozdział XVII


Świt nastał dużo szybciej, niż mogłyby sobie tego życzyć. Niebo pojaśniało, powoli przybierając odcienie szarości, a po czasie pomarańczy i różu. Najwyraźniej dzień zapowiadał się wyjątkowo pogodnie, ale Lexi nie potrafiła się tym cieszyć. Była pewna, że skulona na fotelu pasażera Grace tym bardziej.

– To był zły pomysł – wymamrotała.

Nie doczekała się odpowiedzi, ale tak naprawdę wcale jej nie potrzebowała. Przecież i tak nie mogły zawrócić, o znalezieniu jakiejś kryjówki gdzieś po drodze nie wspominając.

– Po prostu jedź. Dam sobie radę.

Akurat, zadrwiła w duchu, ale zachowała tę uwagę dla siebie. Podejrzewała, że Grace nie potrzebowała przypomnienia, by zorientować się, że sprawy prezentowały się marnie. Cóż, przynajmniej dla kogoś, kto spalał się na słońcu.

Ta myśl przyszła Lexi równie naturalnie, co i wiele wcześniejszych. Jakby to, że miała przy sobie kogoś, kto spijał krew i podlegał całej liście żywcem wyjętych z horrorów praw, było najzupełniej naturalne. Miała wrażenie, że powinna czuć dzięki temu ulgę, ale efekt okazał się zupełnie inny. Z każdą kolejną sekundą czuła, że coś utraciła – i to bynajmniej nie z własnej woli.

Skupiła się na drodze, choć to okazało się zaledwie wygodną wymówką, dzięki której mogła ograniczyć spoglądanie na Grace. Nie chodziło tylko o to, że miała w samochodzie wampirzycę. Nawet o poczucie, że nie pierwszy raz natrafiła na istotę jej podobną, chociaż zarazem świadomość, że coś podobnego spotkało tę dziewczynę, napawała ją smutkiem. Czemu…?, pomyślała po raz wtóry, ale odpowiedź nie nadeszła, jedynie potęgując odczuwaną przez Lexi frustrację.

Wszelakie myśli uleciały z jej głowy w chwili, w której w końcu wjechała na znajomy podjazd. Zahamowała gwałtownie, zaledwie kilkanaście centymetrów od prowadzących do głównego wejścia schodów. Na moment zamarła, nerwowo zaciskając dłonie na kierownicy i rozszerzonymi oczyma wpatrując się w zamknięte drzwi. Dopiero po chwili otrząsnęła się na tyle, by rozpiąć pas i zdecydować się poruszyć.

– Czekaj. Przyniosę ci jakiś koc – zadecydowała, wyślizgując się na zewnątrz.

– Nie mamy na to czasu.

Nie zdążyła zaprotestować. Grace wysiadła, zaklęła i błyskawicznie przymknęła ku wejściu. Lexi popędziła za nią, nerwowo szukając kluczy, póki nie przypomniała sobie, że przecież nie ma na sobie swoich ubrań. Serce zabiło jej szybciej, zwłaszcza gdy wyobraziła sobie próbę dobijania się do drzwi tak długo, aż – w najlepszym wypadku! – tata wpuściłby je do środka. Nie chodziło nawet o to, że musiałaby się tłumaczyć z czegoś, czego nie rozumiała, o powrocie po całonocnej nieobecności nie wspominając.

Niech to szlag.

Instynkt po raz kolejny doszedł do głosu. Wyminęła Grace, chwyciła za klamkę i stanowczo ją nacisnęła. W pierwszym odruchu napotkała opór, ale prawie natychmiast usłyszała satysfakcjonujące kliknięcie. To i łagodny powiew mocy, którą osobiście przywołała, w myślach wyobrażając sobie jak ta wnika do zamka i porusza zapadkami. Kiedyś nawet to było wyzwaniem, ale po kilku kolejnych tygodniach i wspólnych ćwiczeniach…

Kiedy…?

Jednak i to pytanie mogła co najwyżej dołączyć do coraz dłuższej listy tych, które dręczyły ją od minionego wieczora.

– Właź – poleciła, wpadając do zacienionego korytarza.

Grace nie potrzebowała dodatkowego zaproszenia. Z wyraźną ulgą wbiegła do przedpokoju, dysząc przy tym tak ciężko, jakby właśnie przebiegła maraton. Lexi starannie zamknęła drzwi, po czym ciężko oparła się o nie plecami. Na oślep wymacała zamek i przekręciła go, starając się zignorować podejrzenie, że w miejscu takim jak Rosewood tak przyziemne środki ostrożności i tak miały okazać się zbędne.

Głuche uderzenie wyrwało ją z zamyślenia. Natychmiast dopadła do Grace, kiedy ta osunęła się na kolana. Zmierzyła dziewczynę wzrokiem i skrzywiła się, dostrzegając na jej twarzy i dekolcie zaczerwienienia. Tylko tyle, ale mogła sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby jednak utknęły na zewnątrz, zmuszone znaleźć alternatywę dla kluczy.

– Jaka ty jesteś głupia – wymamrotała, potrząsając z niedowierzaniem głową. Bezskutecznie próbowała zignorować skręcający się z nerwów żołądek.

– A ty miła jak cholera – mruknęła w odpowiedzi Grace.

Obdarowała Lexi uśmiechem, jednak ten prawie natychmiast ustąpił miejsca grymasowi. W ciemnych oczach pojawiło się coś niepokojącego, trudnego do zinterpretowania i…

Grace bez ostrzeżenia poderwała się do pionu. Poruszała się błyskawicznie, aż jej postać straciła na ostrości. Zmaterializowała się przy schodach, jakby od niechcenia chwytając za poręcz, ale – Lexi mogła to przysiąc – w geście tym było zbyt wiele desperacji, by uznać go za naturalny.

No i stała do niej plecami. To nie musiało o niczym świadczyć, ale…

– Grace. – Podniosła się, wciąż uważnie przypatrując wampirzycy. – Wszystko w porządku?

– Absolutnie!

Kłamała. To było tak oczywiste, jak i fakt, że słońce jakkolwiek mogłoby wpłynąć na ciało kogoś, komu przyszło żyć w wiecznej nocy. Nawet z odległości Lexi zauważyła, że ciałem Grace wstrząsnął dreszcz. Pomyślała, że już wcześniej widziała coś podobnego, ale…

Bezwiednie dotknęła szyi. Zaskoczona własnym gestem, nerwowo zacisnęła dłonie w pięści i schowała je za plecami.

– Chodźmy na górę – zasugerowała cicho. – Pójdę pierwsza i upewnię się, że okna… Och, no i tata – dodała, nagle zaniepokojona. – Jest wcześnie. Jeśli śpi to dobrze, ale…

– Nie ma go tutaj – wtrąciła ze swojego miejsca Grace. Tym razem jej głos zabrzmiał nieco spokojniej.

– Naprawdę? Ale…

– Jestem w stanie to wyczuć – zapewniła wampirzyca. Wciąż zaciskając dłoń na poręczy, spojrzała ku górze. – Czuję tylko ciebie. To źle?

Lexi odetchnęła. Może jednak dopisywało im szczęście.

– Nie. Po prostu nie wspominał mi, że gdzieś się wybiera… Nie aż tak wcześnie. – Wzruszyła ramionami. – Zapytam go, kiedy wróci z pracy.

Biorąc pod uwagę wszystko, co się działo, nieobecność ojca okazała się najmniej istotnym problemem. Kto wie, może w roztargnieniu nawet nie zauważył, że zniknęła na całą noc. Co prawda to brzmiało jak najbardziej optymistyczny scenariusz, ale Lexi wciąż miała nadzieję. Wątpiła, by do wieczora otrząsnęła się na tyle, by wymyślić jakiekolwiek wiarygodne kłamstwo.

Wyminęła Grace i popędziła na górę, przeskakując po kilka stopniu na raz. W pośpiechu zajrzała do sypialni i zasłoniła okno, nie chcąc ryzykować, że przez przypadek wprowadzi swoją towarzyszkę gdzieś, gdzie będzie jasno. Dopiero wtedy skierowała kroki do gabinetu matki, nawet przez moment nie biorąc pod uwagę tego, żeby szukać klucza. Wystarczył jeden gest, by drzwi stanęły przed nią otworem.

Granatowa wykładzina tłumiła jej kroki. Przemknęła przez pokój, kierując się ku oknu… I zaraz przystanęła w połowie drogi, uświadamiając sobie, że te były zasłonięte. Zostało tylko jedno, przez które zaledwie kilkanaście godzin temu  (czy naprawdę minęło tylko tyle…?) wślizgnął się Adrien. Ze świtem wypuściła powietrze, wciąż oszołomiona. Nie zwróciła na to uwagi wcześniej, ale teraz wydało jej się oczywiste – to, że gabinet Laury mógłby być przygotowany, by swobodnie przyjmować nieproszonych gości.

– Mogłaś zawołać.

Nawet nie drgnęła, słysząc głos Grace. I bez obracania się, pojęła, że dziewczyna przystanęła w progu gabinetu.

– Wybacz – rzuciła w roztargnieniu, wciąż wpatrzona w zasłonięte okno. – Ja tylko…

Zawahała się. Ucisk w gardle powrócił, silniejszy niż do tej pory. Lexi potrząsnęła głową, przez chwilę świadoma wyłącznie narastających wątpliwości. Poczucie zagubienia wróciło, w miarę jak zaczęło do niej docierać, jak wiele kwestii umykało jej przez cały ten czas.

Dlaczego się nie zorientowała? Szukała usprawiedliwienia, ale żadne nie wydawało się wystarczające. Nie na tyle, by zdecydowała się go uczepić.

Ile czasu trwała w tym chaosie, cudownie nieświadoma? Już nawet nie chodziło o to, co tak naprawdę odebrało jej… Och, miesiące. A może dużo więcej? Jak bardzo zaślepiona musiała być, skoro przetrwała cały ten czas, ani przez moment nie zadając pytań? Czekała na możliwość wyjazdu – na ucieczkę z miejsca, o którym sądziła, że przecież i tak nie miało jej niczego do zaoferowania – a jednak…

A może tak byłoby prościej? Czy gdyby nie to nieszczęsne ognisko i śmierć Susie, w spokoju dotrwałaby dnia wyjazdu? Zostawiłaby wszystko w tyle, być może nigdy nie dowiadując się, że ktoś namieszał jej w życiu. I, dobry Boże, nawet mogłaby przejść z tym do porządku dziennego.

– Hej – rozbrzmiało tuż za jej plecami.

Tym razem się odwróciła, zwłaszcza że poczuła nacisk cudzej dłoni na ramieniu. Nie usłyszała niczego, co świadczyłoby o tym, że Grace się przemieściła, a jednak ta nagle znalazła się tuż obok. Kiedy Lexi skupiła wzrok na jej twarzy, przekonała się, że ślady oparzeń zniknęły, zupełnie jakby nigdy ich nie było.

Chciała coś powiedzieć, ale nie potrafiła wykrztusić z siebie nawet słowa. Grace najwyraźniej tego nie oczekiwała, bo po prostu ujęła Lexi za rękę. Uśmiechnęła się, choć przyszło jej to z wyraźnym trudem.

– Już dobrze – zapewniła. Trudno było stwierdzić, kogo tak naprawdę próbowała przekonać. – Doszłam do siebie. I jakoś się trzymam, więc…

– To wciąż było głupie – przypomniała Lexi.

Dziewczyna wywróciła oczami.

– Skupmy się na tym, po co w ogóle przyjechałyśmy – zasugerowała, zwracając się ku zastawionym książkami regałom.

Kiedy ruszyła ku biblioteczce, stało się jasne, że musiała korzystać z niej już wcześniej. Poruszała się zbyt pewnie i sprawnie, przy pierwszej okazji materializując się przy aż nazbyt znajomym już Lexi regale. Wyciągnęła rękę, palcem przesuwając po kolejnych tytułach i wydając się szukać jednego konkretnego.

Oczywiście.

Lexi z wolna przestąpiła naprzód. Obeszła biurko, przez chwile obserwując poczynania swojej towarzyszki. Dopiero gdy ta poruszyła się niespokojnie, wciąż wpatrzona w zastawioną książkami półkę, zdecydowała się odezwać.

– Mam ją w pokoju – wyjaśniła, natychmiast ściągając na siebie spojrzenie Grace. – Książkę z legendami… – Zawahała się na moment. Oczami wyobraźni znów zobaczyła prostą okładkę i sylwetki dwóch splecionych wokół tytułu lisów. To i zadrukowane znalezionymi w sieci artykułami kartki, które… – Nie była mojej mamy – wyszeptała pod wpływem impulsu. Zrozumienie pojawił się nagle, równie oczywiste, co i sprecyzowanie mocy, którą tak nagle w sobie odkryła. – Same ją przygotowałyśmy, prawda?

– Och, Lexi… – W oczach Grace doszukała się wyłącznie niepokoju. – Dobrze się czujesz?

Wzruszyła ramionami. Ani trochę, pomyślała, ale i tym razem w porę ugryzła się w język. Załamywanie rąk i tak prowadziło donikąd. Jak zresztą miała wyjaśnić Grace to, czego doświadczała?

Czułaś się kiedyś tak, jakbyś spoglądała na świat przez zamgloną szybę? Z poczuciem, że doskonale wiesz, co znajduje się po drugiej stronie, bo w końcu po dokładnym przyjrzeniu widzisz dość, ale… ale jednak niekoniecznie? Bo ja tak.

Powstrzymała grymas. Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nagle nie będąc w stanie znieść przenikliwego spojrzenia stalowoszarych oczu. Bała się, że jeśli sobie na to pozwoli, jednak skapituluje. Gdyby do tego wszystkiego dopuściła te wszystkie niespójne myśli i…

Och, nie, nie teraz. Nie, skoro musiała się skupić.

– Opowiedz mi – prosiła cicho. Przysiadła na krawędzi biurka, nie ufając nogom na tyle, by dalej stać. – Próbuję sobie wszystko poukładać. I chwilami mam wrażenie, że naprawdę wracaj do mnie to, co powinnam pamiętać, ale… – Potrząsnęła głową. Skup się, nakazała sobie raz jeszcze. – Wiem już, że spotkałyśmy się wcześniej… I znamy dość długo, żeby się przyjaźnić. Jestem tutaj z tobą i mogłabym przysiąc, że robiłyśmy tak nie raz, Grace.

Pod wpływem impulsu chwyciła wampirzycę za rękę. Zachęcająco skinęła głową na wolne miejsce tuż obok, mimowolnie myśląc o tym, że matka najpewniej zdenerwowałaby się, widząc jak siedzą na blacie. Sęk w tym, że Laury nie było i to wystarczająco długo, by wraz z Grace zdążyły zadomowić się w jej gabinecie.

Zostawiłaś mnie, zanim mogłam w pełni wszystko zrozumieć… Dlaczego, mamo?

– Nie pamiętam Adriena, ale coś sprawia, że mu ufam – podjęła, ledwo tylko Grace zajęła miejsce u jej boku. Z uporem wpatrywała się w zastawiony książkami regał, próbując skoncentrować myśli na czymś neutralnym. Coś w tej metodzie i możliwości trzymania przyjaciółki za rękę, okazało się zbawienne. – No, przynajmniej jeśli chodzi o to, co próbuje mi powiedzieć. W to, że lepiej trzymać się od niego z daleka, jakoś nie wątpię.

– Adrien to dupek.

– I twój stwórca – przypomniała, mimowolnie krzywiąc się na te słowa. – To akurat… stało się później, prawda?

Dłoń Grace poruszyła się w jej uścisku, jedynie utwierdzając Lexi w przekonaniu, że trafiła w sedno. Nie musiała dodawać, o co tak naprawdę pytała.

– Jestem taka… od roku – przyznała wymijająco.

– Ach.

Na więcej nie było ją stać. Chyba tak naprawdę nie chciała wiedzieć, w jaki sposób do tego doszło. Liczyła na nagły przebłysk i bardziej naturalne wyjaśnienie, ale nic podobnego nie nadeszło. Był tylko niepokój – wystarczająco silny, by Lexi nabrała pewności, że rok temu musiało wydarzyć się coś bardzo złego.

Przez chwilę obie trwały w ciszy. Czuła na sobie spojrzenie Grace, niemalże pewna, że wampirzyca aż rwała się do tego, żeby coś powiedzieć. Z jakiegoś powodu tego nie robiła, tak długo, aż przeciągające się milczenie ostatecznie zaczęło być irytujące.

– Lexi…

– Moja mama – oznajmiła w tym samym momencie – też dysponowała mocą. Laura była czarownicą – dodała i znów poczuła się tak, jakby właśnie opowiadała samej sobie coś, co od początku powinno być oczywiste. – Tak jak i ja. No i ty… – Zawahała się. Kątem oka spojrzała na Grace. – Zachowałaś moc?

– Trochę. Chyba nawet mi dzięki niej łatwiej – przyznała po chwili zastanowienia. – Wiesz, jestem… dość stabilna i…

Lexi w zamyśleniu skinęła głową. Mimowolnie pomyślała o napięciu, które wyczuła, kiedy wprowadziła Grace do domu zaraz po spotkaniu ze słońcem. Chociaż wydawała się roztrzęsiona, szybko doszła do siebie. Czy gdyby w podobnej sytuacji znalazł się inny wampir, efekt byłby inny?

Przez chwilę znów przyłapała się na pragnieniu, żeby dotknąć szyi, ale tym razem zdołała się powstrzymać.

– To… To dobrze – zapewniła cicho. Miała wrażenie, że plecie od rzeczy. – Skoro tak… Och, opowiesz mi o Rosewood, Grace?

Poczuła się dziwnie, ledwo tylko pozwoliła tym słowom rozbrzmieć. Trafiła w sedno, co do tego nie miała wątpliwości. Tak naprawdę wszystko kręciło się wokół tego miejsca, nawet jeśli nie potrafiła sobie przypomnieć w jaki sposób. Coś było nie tak, ale mimo wszystko…

Zacisnęła usta, powstrzymując się od uśmiechu. Prawda była taka, że gdyby ktoś tydzień wcześniej powiedział jej, że uzna Rosewood za jakkolwiek interesujące, wyśmiałaby go. Z równie wielkim przekonaniem, co i starania Susie, która tak nagle wpadła na pomysł, żeby zintegrować ze sobą całkowicie obce osoby. Cóż, tak przynajmniej myślała wtedy, jednak w tej sytuacji… Czy dlatego czuła się tak dziwnie? Bo nagle straciła Grace, która podobno była jej kimś bliskim? Lexi czuła, że chodziło o coś więcej, ale niezależnie od tego, jak bardzo wysilała pamięć, napotkała opór. Cokolwiek wydarzyło się rok wcześniej, pozostawało poza jej zasięgiem.

Powstrzymała grymas niezadowolenia. Raz jeszcze spróbowała wysilić pamięć, ale próba przywołania jakiegokolwiek wspomnienia przypominała sięganie w pustkę. Nie czuła nawet bólu głowy – niczego, co mogłoby sugerować, że była na dobrej drodze. Żadnych pęknięć w odgradzającej przeszłość barierze, zupełnie jakby ta w ogóle nie istniała.

Zawahała się, równie sfrustrowana, co i zaniepokojona. Jak potężna magia wchodziła w grę, skoro doświadczała czegoś takiego? A może w ogóle nie chciała sobie przypomnieć? Jeśli tak, co się wydarzyło? I jak bardzo było niepokojące, skoro…?

– Rosewood… – Głos Grace wyrwał ją z zamyślenia. W roztargnieniu spojrzała na wampirzycę, próbując skoncentrować się wyłącznie na padających z jej ust słowach. – Nie wiem, od czego powinnam zacząć – przyznała z niepewnym uśmiechem Grace. – Zresztą to pytanie, które mogłabyś zadać mamie. Zrobiłaby to dużo lepiej ode mnie.

– Gdyby tutaj była – przypomniała chmurnie Lexi.

Uśmiech Grace momentalnie przygasł.

– No, tak… – zreflektowała się. – Mogę być bezpośrednia? Wiesz, skoro już ustaliłyśmy, że jesteśmy wiedźmami…

– Jasne, że nie pytam, gdzie można dobrze zjeść – wtrąciła, nie mogąc się powstrzymać.

Zauważyła, że Grace wywraca oczami. Spróbowała szturchnąć ją w ramie, ale z wprawą się uchyliła.

– Czasem jednak się przydają… Wyostrzone zmysły, mam na myśli. – Mrugnęła do Lexi porozumiewawczo. – Jeśli chodzi o Rosewood… To miejsce, z którego masz ochotę uciec. Jestem pewna, że nic się nie zmieniło. Jest tak nudne i małe, że po prostu pragniesz się stąd wyrwać – oznajmiła, raptownie poważniejąc. – Chyba że…

Urwała, ale to nie miało znaczenia. Tym razem Lexi nie potrzebowała wskazówki, żeby pojąć, do czego zmierzała ta rozmowa.

Już o tym rozmawiałyśmy… Z Grace. Albo z mamą.

Nieprzyjemny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa na samą myśl.

– Chyba że – podjęła cicho, nim Grace zdążyłaby to zrobić – wkroczysz w noc. I zobaczysz, czym jest naprawdę.

Nie miała pewności, kto i kiedy zwrócił się do niej tymi słowami, ale i tak była pewna, że nie należały do niej. Nie zmieniało to jednak najważniejszego: nagle wydały się Lexi aż nadto właściwe.

– Słyszałaś kiedyś o Pandorze? O pudełku, w którym podobno zamknięto wszystkie nieszczęścia tego świata, a które ona przez przypadek uwolniła? Uznajmy więc, że właśnie tym jest Rosewood. – Grace wzruszyła ramionami. – A w tym wszystkim byłyśmy my. Przynajmniej tyle powiedziała nam kiedyś twoja mama. Podobno wiedźmy żyją tu od pokoleń i pilnują równowagi. To mogłoby być całkiem fajne, gdyby naszą Pandorą kierowała ciekawość, ale… to nie do końca tak.

– Naszą Pandorą… – powtórzyła ze ściśniętym gardłem.

Jej myśli jak na zawołanie powędrowały ku Susie. Przez chwilę oczami wyobraźni znów widziała jasnowłosą postać, stojącą w blasku płomieni i pokrytą tymi dziwnymi symbolami. Przypomniała sobie błaganie o pomoc i poczucie, że powinna rozumieć sytuacje o wiele lepiej, niż mogłaby podejrzewać. Teraz była już tego pewna, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej.

Wtedy też wszystko zaczęło się od tego, że ktoś zginął…

Wyprostowała się niczym struna. Z bijącym sercem poderwała się na równe nogi, ale nie ruszyła z miejsca. W zamian rozszerzonymi oczyma wpatrywała się w zastawione książkami regały, zupełnie jakby tam mogła znaleźć odpowiedzi.

– Ktoś… robi to specjalnie, tak? Te wszystkie istoty tutaj… Nie wzięły się znikąd. – Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści. – Susie zginęła przez nie?

– Susie zginęła po to, by pudełko pozostało otwarte – poprawiła grobowym tonem Grace. – Chociaż to za mało. Ona wystarczy na chwilę.

Nie odpowiedziała. Zdobyła się wyłącznie na nerwowe skinięcie głową, ani trochę nie ufając już ani swojemu ciału, ani głosowi. Nie, skoro słowa Grace aż nazbyt dobrze pasowały do tego, co już wcześniej potwierdził jej Adrien.

Gdyby została na tej imprezie, mogłoby wydarzyć się dosłownie wszystko. Wątpiła, żeby dla mordercy było istotne, czy w ogóle zdawała sobie sprawę ze swoich możliwości, jeśli zdecydowałby się ją dopaść. Kto wie, może dziwna kobieta, którą spotkała w lesie i która omal jej nie zabiła, wcale nie zamierzała tak po prostu pozbawić ją życia.

– Ja… Niech to szlag… – wymamrotała. Zanim zdążyła się zastanowić nad tym, co robi, doskoczyła do Grace i chwyciła ją za ramiona. – Co stało się rok temu? Kto? I czemu ja…? Czemu to wszystko…?

Ucisk w gardle pozbawił ją tchu. Urwała, przez chwilę zdolna wyłącznie wpatrywać się wprost w bladą twarz wampirzycy – błagalnie, niemal desperacko. Liczyła na to, że dzięki tej rozmowie przypomni sobie cokolwiek, ale to nie wystarczyło. Wciąż czegoś brakowało, a Lexi pozostawała świadoma wyłącznie coraz bardziej palącej dziury w pamięci.

– Lexi…

– Po prostu mi wytłumacz! – zniecierpliwiła się. – Powiedz mi o wszystkim. Jak mam się bronić, skoro ja… Do diabła, Grace!

Wymowna cisza. Otworzyła usta, gotowa nadal naciskać, ale powstrzymało ją muśnięcie palców, które ostrożnie zacisnęły się wokół jej dłoni. Pozwoliła, żeby Grace oswobodziła ramiona, ale nie odsunęła się, zbytnio zdeterminowana, by tak po prostu się wycofać.

– Chyba mam jeden pomysł…

Jak wam mija majówka? :D Osobiście mam wrażenie, że czas pędzi jak szalony, ale może to dobrze. Czekałam na ciepłe dni, a teraz w końcu mogę się nimi cieszyć. Oby jak najdłużej. :3